Gdański Kennedy.

O Pawle Adamowiczu i wydarzeniach z 13 stycznia 2019 napisano już wszystko. A nawet jeśli nie to wkrótce ten brak zostanie uzupełniony z nawiązką. Nie będę silił się na ferowanie wyroków, analizy psychologiczne, szukanie winnych i przyczyn. Każdy sam musi spróbować zrozumieć co się stało i czemu tak się stało, czemu akurat w taki wieczór, w takim miejscu, i na ile jest to przypadek.

Chciałbym podzielić się tylko jedną refleksją. Wydarzenia takiej rangi mogą i czasem zmieniają świat. Wpływają swoim ciężarem na poziom debaty publicznej, wymagają często głębszego zastanowienia nad sprawami dużo bardziej abstrakcyjnymi niż sam zamach, uderzenie, śmierć. Odciskają piętno na całych pokoleniach, a nawet Państwach. Mam nadzieję, że w tym przypadku tak będzie, że to wydarzenie, ta śmierć, o ile dopuszczalne jest takie stwierdzenie, rozpocznie zmianę. W końcu dobrą zmianę.

Reklamy

Zaaplikowani.

Kiedyś to było życie. Kiedyś to były poradniki z serii „Jak żyć…?”. A dziś? Jak jest dziś? Dziś jesteśmy zaaplikowani. 

– Cześć Jureczku, jak miło Cię widzieć, kopę lat!!! Nie no, naprawdę kopę, albo może
i kopę z okładem.
– Oooo, Janek!!! No jasne, że poznałem, widzę wszystkie Twoje nowe zdjęcia na facebooku.
– Co u mnie? Dobrze wszystko. W pracy świetnie, zmieniłem firmę. Aaaa, wiesz? Widziałeś na linkedin?
– Na takim szkoleniu fajnym byłem, bardzo rozwojowe, już Ci opowiadam – to też widziałeś? Znasz ten temat. No to Ci opowiem o takim świetny miejscu, byłem tam
z Grażką na wiosnę. Polecam, musisz się tam wybrać!!
– Na instagramie widziałeś? ten wodospad i domek? wszystko widziałeś? No tak, tak. Rzeczywiście mogło tak być.
-Czy wyskoczymy coś zjeść i na drinka? Pewnie. Tu jest dobra knajpka obok, sprawdzę tylko na fitatu na ile kalorii mogę sobie pozwolić. Też masz? I jak u Ciebie? 300? Ja mam 500, nadrabiam trochę treningiem. Biegam sporo, maraton ostatnio, wszystko
CI opowiem. Na endomondo widziałeś?! No tak, tak, rzeczywiście.
– Ale chodźmy, chodźmy, zjemy coś, może wino dobre, staram się poznać ten temat bardziej. W cabernet sauvignion gustuję. Lubisz to samo z Okanagan Valley co ja? Aaaa, widziałeś moje rekomendacje na Vivino, jasne.
– Pamiętam, jak w szkole, długie godziny potrafiliśmy rozmawiać o filmach i książkach. Chodź, pogadamy, będzie fajnie, będzie jak kiedyś.
– No tak, wiem że komentujesz moje oceny na filmwebie i lubimyczytać, ale to przecież nie to samo…

…kiedyś to było życie. Dziś jesteśmy zaaplikowani i już nie musimy nic sobie mówić by wszystko wiedzieć, widzieć, znać siebie bez żadnego My.

 

Co zrobić z byłym partnerem?

Podobnie jak dupę i rację, każdy jakiegoś Exa ma. Niezależnie nawet czy relacja była poważna czy wynikała tylko z potrzeby odreagowania i chwilowego zagubienia, Ex zostaje z nami. Stały fragment biografii, który akceptować musimy się nauczyć.

Jak to działa chyba każdy wie, poznajemy kogoś, randka, druga, trzecia, seks, wspólni znajomi, relacja bardziej złożona niż proste skinięcie głową. Potem kłótnia, druga trzecia, ciche dni, cichy tydzień, ciche rozstanie jak w poradniku „Jak być dorosłym?” lub pełne fajerwerków emocjonalne „wypierdalaj z mojego życia”. Wbrew pozorom nie ma w tym nic skomplikowanego a tym bardziej oryginalnego.

Ciekawie zaczyna być później. Jest sobie Ex i co dalej?! Traktować go jak znajomego? A może przyjaciela? Może nawet jest kimś więcej niż tylko przyjacielem? Przecież to człowiek któremu pokazywaliśmy wszelkie zakamarki swojego jestestwa i pisząc wszelkie mam pełną świadomość znaczenia użytego słowa. Prawdopodobnie osoba Exa łączy się z niezliczonymi wspomnieniami, żywo łączy się z definicją samego siebie.

Dylemat potęguje kolejny partner, który przecież człowiekiem jest tylko, mimo wstępnej fazy fascynacji i idealizowania, daję słowo to człowiek tylko i prawdopodobnie pozbawiony emocji nie będzie (prawdopodobnie bo przecież nikt nikomu nie broni lubować się w socjopatach). Może będzie zazdrosny tylko, może popadnie w samo zaciskającą się pętlę porównań, może zaakceptuje zastany stan rzeczy, to kolejna zmienna w tym równaniu. Więc co zrobić z tym Ex?

Zostać przyjaciółmi? Spotykać się czasami na plotki, nie dzielić znajomych na moich i jego?  Nie ma w tym nic złego, jeśli wszyscy ten stan akceptują, dla wszystkich sytuacja jest jasna i nie szukają sposobu na zmianę statusu. A obecny partner? Po prostu będzie musiał zaakceptować Twój wybór

Zapomnieć o Exa istnieniu, udawać że to się nie stało, rozdzielić wspólny znajomych na bardziej i mniej sprzyjających, kontrolować miejsca i czas w którym bywasz? W tym też nie ma nic złego. To finalnie może się okazać nawet prostszym rozwiązaniem. Kolejny partner się ucieszy i z uśmiechem przyjmie taki stan rzeczy.

Niezależnie od przyjętego sposobu poukładania swojej przeszłości, dla własnej przyszłości istotna jest tylko transparentność. Kolejnemu partnerowi wprost przedstaw sytuację, a on musi przyjąć to na klatę i to kończy problem. Bo najgorsze co możesz zrobić to udawać, że nic nie było, nic się nie stało, wcale nie piszemy ze sobą całymi nocami na messengerze, absolutnie nie wysyłamy sobie aktualnych zdjęć. To wcześniej czy później się wyda i nawet jeśli wszystko było poprawnie, i grzecznie, to przez sam fakt ukrywania czegoś nie unikniesz napiętej sytuacji czy pełnych podejrzeń spojrzeń.

PS. „Bo nie pytałeś” to nigdy nie jest dobra odpowiedź.

Wpis niesponsorowany przez Lidla.

Będę wychwalał. Komplementował. Może nawet popadnę w patos i otrę się o zachwyt. Nie, nie zapłacili. Naprawdę. Po prostu robią to co robią, dokładnie tak jak powinni, znajdując uznanie moje i radość gawiedzi. Lidlu, o Lidlu, dziękuję że jesteś tak blisko.

Wybrali jeden format powierzchniowy i w miarę możliwości rozsądnie rozmieścili placówki, dzięki czemu są dostępne, zaparkować pod nimi można, wózek pobrać i oddać się zakupom. I tu pojawia się największy hit: wszystko zawsze jest w tym samym miejscu. Wiesz gdzie przychodzisz, wiesz po co, nikt Ci tego nie komplikuje majstrując regularnie przy layoucie.

Wprowadzane regularnie akcje specjalne zdają się być zaplanowane w każdym szczególe i przygotowane. Zebrane obok siebie produkty w jednorodnych opakowaniach przykuwają uwagę i wyraźnie odznaczają się od codziennego asortymentu. Nawet akcje z Wittchenem ( a byłem przecież świadkiem jednej) mnie nie odstraszają. Ot, jest kilka razy w roku dzień, w którym zakupy lepiej jest przełożyć z 8:00 na 8:15, chyba że aspekty socjologiczne są przedmiotem twoich zainteresowań. Z drugiej strony to też olbrzymia zaletą sieci Lidl. Dają już nawet nie namiastkę, dają pełnowymiarowy kontakt z czymś uchodzącym za lepsze, za ciężko dostępne. Galanteria skórzana dostępna tylko w salonach firmowych za setki złotych może być za połowę kwoty w dyskoncie, nie ma problemu. Świeże małże, ryby o egzotycznie brzmiących nazwach dostępne ot tak, proszę bardzo. Sery, pasztety, wędliny, słodycze z całej Europy, z tego wręcz słyną. Wina z niemal każdej półki cenowej, co raz częściej dobre roczniki z klasycznych regionów. I genialne lody!!!

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że sieć polska nie jest, że generowany zysk tylko częściowo krąży w lokalnych systemach finansowych, że większość dostawców nie jest polska. Szkoda, naprawdę żałuję, ale tak długo jak długo realna konkurencja nie istnieje, a w moim odczuciu takowej nie ma, tak długo nikt i nic mnie nie przekona, że lokalny patriotyzm jest istotniejszy od zdrowego rozsądku. Obecna sytuacja to kuriozum, w którym Janusz ze spożywczaka uważa, że może mieć znikomy asortyment o zawyżonych cenach, zatrudniać na umowach śmieciowych, płacić z opóźnieniem, a przy tym bezczelnie protestować, że on polski przedsiębiorca jest pokrzywdzony. No cóż, niech on i jego Mercedes kupiony po roku prowadzenia nieopłacalnego biznesu pozostaną ze swoim poczuciem niesprawiedliwości. Ja pozostanę fanem Lidla.

To naprawdę nie jest tekst sponsorowany.

Kastami rzeczypospolita stoi.

Docierają do mnie takie głosy, że podatek progresywny jest zły, bo odbiera ciężko zapracowane pieniądze tym którzy się długo uczyli i ciężko pracowali.

Każdy z nich oczywiście z biednej, robotniczej, rodziny pochodzi i doskonale zna trud egzystencji. Próbuje sobie to wyobrazić. Młody człowiek, z biednej rodziny, dużo się uczy, zdaje na studia i zostaje przyjęty w akademickie grono. Oczywiście nie wynajmuje stancji ani akademika bo go nie stać, dojeżdża wobec tego do odległego uniwersyteckiego miasta codziennie, na gapę, bo przecież na bilet też nie miał. Wstydź się teraz. Pięć lat na gapę, codziennie! Niemniej, spędza kilka godzin na uczelni, tyle samo w dojazdach, po powrocie pomaga rodzinie i bardzo, ale to bardzo nie śpi, bo dużo się uczy.

Tak mija mu radosne pięć lat rozwoju i dostaje swoją pierwszą pracę w korpo gdzie bardzo go cenią, zwłaszcza jego wytrenowana umiejętności przeżycia bez snu i prawie równo mocno mobilność bez kosztową. Dzięki tym przymiotom oraz oczywiście wyjątkowo ciężkiej pracy, szybko awansuje nasz bohater do stanowiska dyrektora, a może nawet prezesa. Zarabia swoje krągłe tu i ówdzie kwoty i głośno protestuje wobec zakusów lewaków, którzy chcą go ich pozbawić. Argumentuje żywiołowo, że przecież można – on jest przykładem.

 

Patriota.

Dziś przekonałem się, że patriotą jestem miernym a i to wydaje mi się zbyt optymistyczną opinią. Dłuższą chwilę próbowałem obronić przeciwną tezę, znaleźć choć drobny element, który postawiłby mnie w lepszym świetle. Niestety, nie ma we mnie żadnego szlachetnego przymiotu sugerującego więcej niż obojętność wobec ojczyzny. 

Wykształcenia nie zdobyłem w wyższej szkole lansu i baunsu, ani nawet w wyższej szkole robienia hałasu. Skromnie, przeciętnie, czasem nawet smutno dreptałem do państwowego do dziś uniwersytetu, a w czasie całej swej edukacji nawet nie ściągałem, bo zwyczajnie nie umiem. Egzamin sam w sobie wywoływał we mnie emocje więc dokładanie wrażeń nerwowym rozglądaniem się, lękiem przed wstydem wpadki itd. nie brałem tego nawet pod uwagę.

Pełnię na co dzień mało zaszczytne zajęcie, w firmie która tylko część podatków odprowadza po tej stronie Odry i niestety nie ma to nic wspólnego z deklaracją szlachta nie pracuje. O zgrozo, podatki płacę i pozostałe rachunki, bez ponagleń, i interwencji komorniczych nawet babci renty nie zabieram (gromkie łooo proszę). A zarobione środki wydaję, w miarę możliwości, na produkty polskie, w Polsce wytworzone. Za nadwyżki, o ile się pojawią, nie kupuję rac tylko wspieram organizacje i schroniska jak Jeż Jerzy choćby, wiem to lewactwo kolejnego poziomu już jest.

No właśnie, lewakiem jestem. W sposób niezrozumiały dla większości postrzegam idee solidarności, równości i wolności. W wyborach również uczestniczyłem, głosując oczywiście na ugrupowanie skrajnie lewicowe, bo po przeczytaniu programów politycznych wszystkich startujących do nich było mi najbliżej.

Nawet nie wyglądam jak patriota. Nie noszę butów ortopedycznych z wkładką do torowania swoim poglądom drogi do głów opornych. Kominiarki w mojej szafie również nie znajdziesz. Nie wiem jak odpala się race, a malując transparent pamiętamy kilka razy zadałem sobie pytanie co tak właściwie pamiętam.

Na szczęście dziś jest szczególny dzień, rocznica odzyskania niepodległości o ile ja utraciła w co można czasami zwątpić:

dzień, w którym dobrzy patrioci pokazują takim jak ja jak wyglądać, i jak się zachować.

z19171260AA

Zdjęcie z dzisiejszego Marszu Niepodległości.

Dylemat więźnia.

Dbać tylko o siebie czy niezależnie od okoliczności dotrzymywać złożonych obietnic, a może szukać złotego środka? Zazwyczaj określa się to mianem zasad, sumienia lub honoru, w matematyce grą o sumie niezerowej.

Historyjka jest następująca. Dwóch przestępców złapano w kradzionym aucie. Podejrzewa się ich o popełnienie dużo poważniejszego przestępstwa (zbrodni), na co jednak nie ma żadnych dowodów. Przestępcy są przesłuchiwani w osobnych celach bez możliwości komunikowania się ze sobą. Przesłuchujący ich komisarz wpada na pewien pomysł – proponuje im nagrodę za wsypanie wspólnika i dostarczenie dowodów na jego udział w zbrodni.

Opcje są aż nadto czytelne. Gdy tylko jeden zdecyduje się na współpracę zgarnie całą pulę, tego samego dnia zostanie cudownie ocalony i będzie nadal szczycił się mianem przykładnego obywatela, jego towarzysz zaś będzie miał sporo czaru do rozważań w państwowym sanatorium. Gdy obaj zechcą podzielić się swoimi sekretami, żadnego z nich nie ominie surowa kara, lekko tylko złagodzona w zamian za współpracę. Natomiast jeśli organy ścigania nie zdobędą zaufania ani jednego z łotrów, dla obu z nich wieczór ten zakończy się relatywnie niskim wymiarem kary. Co powinni wybrać? Co Ty byś wybrał będąc w takiej sytuacji?

Pięknem tej historii jest jej prostota i swoboda przenoszenia na dowolny grunt. Kluczem pozostają zaś pytania czy warto zaryzykować zdradę dla możliwej korzyści? Czy darzysz drugą osobę takim zaufaniem by nie zaryzykować?

Regularnie poddaje się tej zagadce, starając się szczerze odpowiedź jak bym postąpił i czy są takie nagrody lub takie kary, które zmienią mój osąd. A Ty? jakim człowiekiem jesteś?